3 lata i 80 numerów już za nami, a ja ciągle nie mam dość WKKM. Chciałoby się je mieć wszystkie na raz wydając 2000 zł na pozostałe 60 numerów i mieć naprawdę udane święta. :) Ale ponieważ Kolekcja potrwa jeszcze przynajmniej półtora roku, pozostaje mi porzucić marzenia i zabrać się za najnowszy tom.
I znowu widać wyraźną różnicę, miedzy współczesnością a latami 60-tymi. Te drugie wygrywają starcie wg mnie. Bo "Misję na Marsa" człowiek przeleciał w godzinkę lekcyjną, a po następnych dwóch już nie pamiętał szczegółów tego komiksu. Natomiast przygodami Nicka Fury'ego człowiek rozkoszuje się znacznie dłużej i czerpie z nich o wiele więcej przyjemności.
Nie wiem czy ta opowieść Jima Steranki, o tym jak Stan Lee pozwolił mu wybrać jeden tytuł Marvela do prowadzenia jest prawdziwa. Ale nawet jeśli jest to kłamstwo, to ładnie wymyślone. W każdym razie jego wejście w przygody Szefa S.H.I.E.L.D. było strzałem w dziesiątkę. Bardzo przyjemnie ogląda się jego prace. Postawił on na swoim i zaprezentował własny styl rysunków, wychodząc ze słusznego założenia, że przecież w Marvelu nie mogą pracować same klony Jacka Kirby'ego. Najprościej i najbanalniej określić rysunki Jima Steranki jako Pop Art w komiksie. Futurystyczne lub psychodeliczne krajobrazy, bardziej poważne miny postaci o wyraźnych rysach, dużo dynamicznych scen, bogata paleta kolorów i ekspresyjne łączenie tych wszystkich elementów. Gołym okiem widać różnicę między pierwszymi zeszytami, gdzie Steranko jeszcze wypełniał layouty po Kirby'm a ostatnimi, gdzie miał już pełną władzę na rysunkiem i historią. Mi np. bardzo spodobała się sekwencja 9 kadrów na jednej stronie, w której Nick z gracją tancerza powala kolejnych bandytów. Artysta pokazał jak pięknie forma może wzmacniać a nie przerastać (jak u np. Del Otto czy Alex Ross) treść.
Natomiast co do scenariuszy, to pójdę w przeciwną stronę niż inni. Mi się właśnie podobały dialogi Stana Lee i Roya Thomasa. Oczywiście wiem, że są przaśne, wyjątkowo przerysowane i mocno pompatyczne. Ale dzięki temu są takie zabawne. Gromko zaśmiewałem się czytając te wszystkie przekomarzanki, onelinery i slapsticki, które rzucali bohaterowie. Dialogiem numeru była oczywiście parafraza Bogusia Lindy:
- Chcieli mnie zabić!
- Wiem! Bo to źli ludzie są!
Nie wiem czy tak to brzmiało w oryginale, ale w tym miejscu praca Jacka Drewnowskiego mi się spodobała. Anionorodnik jednak bije go na głowę liczbą przypisów. :)
Wszystkie kłótnie ala Flip i Flap między Duganem (nabijanie się z jego pełnego imienia), Jonesem (token który nie ginie) i Sitwell'em (służbistą aż do przesady) były rozczulające. A zwłaszcza scena gdzie pielęgniarka każe Duganowi jeść kaszkę. Natomiast Sitwell był cudownie uroczy i dokładnie taki sam jak w niedawnym "Iron Man: Tragedia i Triumf" - szarmancki wobec kobiet i ściśle wypełniający przepisy. Także obowiązkowe szpiegowskie gadżety, które ledwo gdy zaprezentowano ich działanie, zaraz znajdowały praktyczne zastosowanie w akcji (pojedynek z Dreadnought'em). Smaczkiem było to, że bohaterowie bezpośrednio w dialogach nawiązali do serialu "Man from U.N.C.L.E." i filmów o Bondzie (akcja komiksu dzieje się niedługo po premierze "Żyje się tylko dwa razy"). Kocham też fakt, że zbiry w co drugim zdaniu mówią kultowe "Heil Hydra!". Bo tak powinno być, bo tego się od nich oczekuje.
Steranko zaś zaczął odchodzić od takiego klimatu i spojrzenia na szpiegowskie historie. Dokończył rozprawę z Hydrą i w całkowicie swoim scenariuszu postawił na większą powagę. Dlatego nie wiem, czy rozpoczęta opowieść o starciu z Żółtym Szponem, spodoba mi się tak bardzo jak pierwszy tom. Trzeba będzie poczekać aż przeczytam kontynuację w WKKM #95. Dobrze, że został chociaż zachowany motyw supersamochodu, który każdy wielki superszpieg powinien posiadać. Nick Fury najpierw walczy z Hydrą, która chce zniszczyć cały świat, a potem mierzy się z nowym i nieznanym wcześniej przeciwnikiem. Po szczegóły zapraszam do środka komiksu. I tyle na temat fabuły, bo nie ma co więcej się rozpisywać i spoilerować.
Tym razem znowu uniknęliśmy wychodzenia grzbietu na okładki i złej wielkości liter. Nie wiem jednak co i kto zadecydowało o tym, że pozbawiono nas połowy oryginalnych okładek Czy centrala Hachette również tak wydała brytyjską wersję? Czy to polski oddział tak je wyciął? Jest to bardzo niezrozumiałe, gdyż tom z Dr Strange'm miał wszystkie okładki z tego okresu gdy magazyn "Strange Tales" był dzielony między tych dwóch bohaterów.
"- Odd
- More like strange." :)
W dodatkach mamy chyba jeden z dłuższych biogramów (4 strony) o Jimie Sterance. To dużo jak na faceta który w branży robił tylko trzy lata. Ale nie ma tego fragmentu gdy mówił, że wziął kiedyś swojego redaktora za klapy marynarki, przyciągnął do siebie i groźnie krzyknął by mu jednak zapłacono za trzy strony rysunków na których jednak nie było tekstu czy dymków. I swoją gażę dostał. Fajnie też, że w galerii postaci nie ma wersji Ultimate. Nick Fury jest tylko jeden.
Polecam ten tom jak najbardziej. Może nie dlatego co inni krytycy, ale wspaniale się bawiłem podczas jego lektury.








