poniedziałek, 27 maja 2019

Warszawskie Targi Książki 2019 Dzień Czwarty i ostatni

Ostatniego dnia od samego wejścia było wyraźnie luźniej. O 10.00 żadnych kolejek do kas jak wczoraj, a kolejka przed wejściem spokojnie przeszła w 7 minut do środka. Spokojnie zdążyłem na panel Kryminalnej Warszawy o komedii kryminalnej.


Tak ogólnie jest gorzej dla kryminałów w tym roku, niż ostatnio. Wtedy była zamknięta, duża izolowana sala na -1 (bo Komiksy były wtedy po drugiej stronie od wejścia). A teraz jest na piętrze sal konferencyjnych przy bufecie, otwarta i trochę głośna. Choć dzięki mniejszej dzisiaj liczbie widzów i dobremu nagłośnieniu, nie było trudności ze zrozumieniem prelegentów.




Alek Rogoziński zawładną mikrofonem i zajmował najwięcej czasu. Wbijał szpile Remigiuszowi Mrozowi (ma niby jego portret nad biurkiem by mieć motywację do pisania bo Mróz wydaje książki we wszystkich terminach i jest konkurencją dla wszystkich). Trochę to słabe jest, bo czuć tu wyraźną zawiść. Zresztą autor zaledwie napisał 9 książek, to co mu tu startować do Mistrza z setką wolumenów. :) Wtręt o seksie M.Matyszczak wszystkich rozśmieszył. Całe spotkanie było dość zabawne. Sławek Michorzewski stwierdził, że przedstawiciele wydawnictw mają przykazane na kogo mają głosować. Wszystko jest z góry ustawione i dlatego kryminały komediowe nie wygrywają prestiżowych nagród. Opowiadali jak po śmierci Joanny Chmielewskiej ciężko było przekonać wydawców, by wydali ich ksiązki, które wymykały się utartym podziałom gatunkowym.


Niestety nie było Michała Gołkowskiego na stoisku Świata Książki, mimo tego, że był w programie Targów. Nie dostałem autografu do wczoraj otrzymanej książki. Wróciłem więc na scenę kryminału by posłuchać tym razem Olgi Rudnickiej, która według poprzedników przecierała im szlaki w kategorii zabawnych kryminałów. Jako posiadacz irytującego głosu zapamiętałem ją z zeszłego roku właśnie z tej cechy. Może nie sepleni, ale tak ogólnie trochę mnie jej brzmienie denerwuje. Razem z nią opowiadał debiutant Piotr Borlik z jego grozową "Boską Cząstką". A tego gościa nie polubiłem, bo jest z Gdańska i jego powieść dzieje się w Gdańsku (zaczyna się w palmiarnie w Parku Oliwskim), czyli mieście którego od przeprowadzki szczerze nie lubię. Jego jedyną zaletą jest to, że tam się ukazują testy Hachette. :) 



Wałkowano znowu temat, że Olga Rudnicka chciałaby pisać na poważnie, ale jej nie wychodzi i wszyscy się  śmieją z jej książek. Nie pomagają też odpowiedzi na wywiady, że "pracuje w łóżku" (bo tam pisze swoje książki). I była jeszcze anegdotka ze stolarzem który pytał się jej po co jej szuflada na pościel w ramie łóżka w sypialni. Jak jej tak słuchałem to w sumie nie wiem, czy z tej autorki jest naprawdę taka trzpiotka i trochę nieogarnięta, czy to tylko zabawna gra dla publiczności. W każdym razie ciągle się zbieram zarówno do przeczytania jakiejkolwiek jej książki jak i jej kolegów i koleżanek. Choćby ta seria o psie Guciu i jego właścicielce też mnie zainteresowała.


Z braku konkurencji udałem się na spotkanie o 25 latach Krakowskiego Klubu Komiksu i wydanej przez nich antologii twórców z tego Klubu. Ze zdziwieniem spotkałem tam Kamila Śmiałkowskiego - nie wiedziałem, że wcześniej mieszkał w Krakowie. Choć to może by wyjaśniało tą jego bródkę. :)


Krakusy jak to Krakusy narzekały się na zły świat, że wydawca ich kiedyś oszukał i nie wydał ich magazynu komiksowego. Że ten magazyn padł i nie można go ponownie wydać. Bo ludzie nie kupują dziś takich magazynów, bo wszystko jest za darmo w necie. A oni zostali zapomniani, mimo że KKK wydał tylu twórców komiksowych. Teraz nikt ich nie chce finansować. W Łodzi jest festiwal finansowany przez miasto a Kraków dać im kasy nie chce. I musieli tą antologię sami sobie wydawać. I tak się w duszy śmiałem jak tego słuchałem, bo to naprawdę wyszedł taki stereotypowe krakowskie narzekanie na wszystko. A najlepsze było gdy usłyszałem, że twórcy z tej 600-stronnicowej antologii nie dostali wynagrodzenia za umieszczenie ich prac w środku. Wszystko wyszło społecznie. :)








Potem miałem dziurę w prelekcjach, więc znowu kręciłem się po koronie Stadionu i strefach. Zwróciłem uwagę na czytelnię komiksów, gdzie wreszcie mogłem zobaczyć na żywo, odfoliowany Kaczogród tom 1. I jak podobały mi się piękne ilustracje i solidne wydanie, tak nie podeszło mi nowe liternictwo i tłumaczenie. Ale i tak pewnie wreszcie po wypłacie kupię swoje egzemplarze. Bardzo mi się spodobał wielkoformatowy komiks o starciu z potworami bohaterów Marvela z początków Srebrnej Ery. Szkoda tylko, że jest czarno-biały. W zeszłym roku podobnie duży Deadpool był kolorowy. Na stoisku antykwarycznym znalazłem jeszcze więcej archiwalnych Donald Duck'ów i Mickey Mouse'ów. Ale ponieważ były w dobrym stanie, to kosztowały po 15 zł za tom, więc zupełnie nie na moją kieszeń. Wolę w gorszym stanie po 2 zł. :) Widziałem kolejkę do Chylińskiej, ale dla mnie była za długa. Była Katarzyna Grochola, Katarzyna Mirek czy Renata Czerwińska z TVNu. Nawet nie wiedziałem, ze ona książkę napisała. :) Spotkałem też pluszowego dużego Pushena, do którego garnęły się małe dzieci.





















Potem dałem wreszcie wygrać moim ciągotom historycznym i poszedłem na wykład o synu Napoleona i o tym jak znaną był postacią w XIX wieku i jak budowała się jego legenda, mimo iż w sumie nie zdołał czegoś osiągnąć. Ale pani doktor miała świetną prezentację i słuchało się tego wyśmienicie. Szkoda, że więcej takich wykładów nie udało się wepchnąć do programu. 





Ostatnią moją prelekcją było spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, który też opowiadał dość zajmująco. Dowiedziałem się, że nie lubi ciurkiem siedzieć nad jednym cyklem i musi je zmieniać. Jest on materialnym minimalistą. Rezygnował z niektórych lukratywnych umów, by móc zachować swobodę wypowiedzi. Moim zdaniem i tak wolną kasę, pewnie wydałby na nowe tatuaże. :) Ma jak sam mówi syndrom Piotrusia Pana i jednocześnie nienawidzi tej postaci. W latach 80-tych były dobre historie grozy i fantasy, bo nie było poprawności politycznej. Ćwiek lubi komentować recenzje swoich książek i dyskutować z recenzentami. On nie biadoli i nie jęczy, tylko bierze się do roboty. A nie jak ludzie którzy poświęcają masę czasu i energii na usprawiedliwianie się, że nie mają czasu na twórczość. I ok - każdy ma obowiązki i nie każdy musi być pisarzem. Dyscyplina zawodowa jest ważna. A autor i redaktor muszą pracować dla książki.





Zaraz po spotkaniu wziąłem jeszcze autograf od Maji Lidi Kossakowskiej. Poszedłem do strefy komiksów pożegnać się z Motylem, który zaczął się powoli pakować. Obszedłem jeszcze raz promenadę i w ten sposób pożegnałem swoje trzecie w życiu WTK.


Podsumowując. Było trochę gorzej niż rok temu, bo nie było panelu reszty wydawców oraz tylko jedno zagadnienie stricte komiksowe - 80 lat Batmana. Poza tym trochę o komiksie w PRLu i spotkania z twórcami, których w ogóle nie czytam. Z drugiej stron ze względu na inne zajęcia nie słuchałem nic z czwartkowej całodziennej sesji o 100-leciu polskiego komiksu. Może tam było lepiej?


Większość polskich pisarzy z zazdrością i zawiścią zazdrości Remigiuszowi Mrozowi i płodności i rzesz czytelników i kasy jaką kosi z wydawnictw. W zeszłym roku Tomasz Sekielski na Kryminalnej Warszawie zażartował, że każdy autor chce być Remigiuszem Mrozem. Miną rok i to widać, nawet coraz mocniej. Jak mistrz :))) zacznie wydawać już po dwie książki na miesiąc, to reszta pisarzy pewnie ogłosi protest. :)


Smuci że sporo stoisk obniżyło rabat z 30 do 25%. Rozumiem, ze pewnie koszty wzrostu cen prądu i reszty mediów ich przydusiły. Ale potem niech wydawcy i księgarze nie narzekają, że ludzie od nich książek nie kupują i nie czytają. Kupują, jak najbardziej, tylko w internecie, gdzie jest 40% rabatu od okładkowej. Albo w koszu marketowym czy antykwariacie, gdzie jest po 10-15 zł za egzemplarz. I to jest normalna konkurencja cenowa i proszę mi tu nie wyjeżdżać z socjalnymi,, debilnymi pomysłami o jednolitej cenie książki. Ja co prawda może mógłbym kupić książkę za 10 euro (te 40 zł okładkowe co mają teraz wszystkie) przy polskich zarobkach. Ale kurde nie chce. Bo po pierwsze wcale nie muszę. A po drugie kupowałbym ich zdecydowanie mniej i wtedy z pewnością bym mniej czytał. A przecież nie o to chyba chodzi. Znaczy księgarzy stacjonarnych nic nie obchodzi. Wg nich zapewne klienci mogliby po zakupie od razu wyrzucać czy palić te książki. Byle by je kupowali po ich cenie a nie od tańszej konkurencji. Typowi Janusze Biznesu.








No i tym razem nie było stoiska Fabryki Słów. Szkoda. Ich książki były na Świecie Książki i innych księgarń, ale swojego nie mieli. Znalazłem też w pudełkach antykwarystów kolorowe zeszyty z serii King Conan. I właśnie tą serię powinien wydać Egmont w omniaku. Żeby uzupełnić Kolekcję. To by było najkorzystniejsze.





1 komentarz:

  1. Nie umiesz poprawnie zdania złożyć, czytać się nie da tych bzdur, wszedłem się pośmiać i nie zawiodłem się. Nie pozdrawiam :-D

    OdpowiedzUsuń