poniedziałek, 7 września 2015

Referendalna klęska

Żenada. Po prostu żenada jak człowiek patrzy na to jaka była frekwencja w referendum 6 września 2015 roku. 10 procent?! Ewentualnie kilkanaście, ale nie więcej niż dwadzieścia?! Co to w ogóle ma być?! Czemu tylu ludzi na nie nie poszło?


Mogę zrozumieć słowa senatora Jana Rulewskiego, że to referendum było bękartem prezydenckiej kampanii wyborczej. Bo rzeczywiście było. Prezydent Komorowski przeraził się wynikami I tury wyborów i w kilka nocnych godzin wymyślił (wg niego) sposób na utrzymanie się na stołku. Oczywiście się nie udało, a taki sposób myślenia i postępowania stał się koronnym i ostatnim argumentem dlaczego wyborcy mieli już dość Bronisława Komorowskiego i "podziękowali" mu za jego służbę państwu i narodowi.


Ale do kroćset. Tak jak najlepszą decyzją Benedykta XVI była ta o jego abdykacji, tak samo ostatni ruch Komorowskiego nie był taki głupi. Wbrew swojemu środowisku zaproponował on 2 istotne pytania - czy jesteś za JOWami i czy jesteś przeciw finansowaniu partii politycznych z budżetu. Pisałem już na tym blogu, o tym jak powinny wyglądać JOWy by nie stały się wypaczeniem jak choćby w Wielkiej Brytanii ( http://8azyliszkoweroznosci.blogspot.com/2015/05/jowy.html ). Ostatnie tygodnie tylko potwierdziły opinię o tym że obecna partyjna ordynacja jest do niczego. Gorszące spory o miejsca "biorące" na listach, walki frakcyjne, wstawianie skompromitowanych ale "swoich" działaczy i ostateczne arbitralne decyzje kilku liderów wstawiających ludzi niemalże "z kapelusza". Pokazano nam, że to nie ludzie de facto decydują o tym kto zostanie parlamentarzystą.


Dodatkowo finansowanie partii z budżetu tworzy z polityków zamkniętą klasę, która po stworzeniu własnej klienteli za te pieniądze, może się nie oglądać na nikogo i j.w. napisałem - robić co chce. Tak obrzydzono ludziom politykę, że frekwencja wyborcza jest niska. A dzięki temu zawsze te pare procent w wyborach się uzyska i zyska dostęp do kolejnej puli pieniędzy. I tak bez końca. I jak pokazuje rzeczywistość i choćby "taśmy prawdy", taki system wcale nie zapobiega korupcji politycznej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia a chciwość i pazerność ludzka nie zna granic. Spółki skarbu państwa są traktowane jak "swoje" i dojone do oporu. A ustawy dalej są przepychane przez "lobbystów" za kasę. Np. ustawa o jednolitej cenie książki którą wydawcy i dystrybutorzy chcą zniszczyć tańsze księgarnie internetowe i hipermarkety zamiast z nimi normalnie konkurować. Interes wąskiej mniejszości postawiony ponad interesem ogółu. A to przecież nie jest jedyny przykład. Inne grupy nacisku też wymuszają na posłach różne przepisy.

Ale najbardziej, najbardziej wkurza mnie ta teza PiSu - jak nie będzie dotacji dla partii z budżetu to będzie korupcja. Czyli oni oficjalnie się przyznają, że jak im nie damy pieniędzy po dobroci, to będą nam je kraść. Ta teza jest dla mnie oburzająca. Równie dobrze moglibyśmy wypuścić z więzień wszystkich złodzieji i nie skazywać ich na kary pozbawienia wolności. Przecież zgodnie z logiką PiSu, PSLu, SLD itp. wystarczy wypłacać im miesięczne pensje, to nie będą kraść. Jeju jakie to proste! (śmiech przez łzy) To jest przykład jak prawo i niektóre przepisy potrafią być niesprawiedliwe i niesłuszne. Że jest to kolejny przywilej za który płaci ogół społeczeństwa. Partie powinny same się finansować - prowadzić działalność gospodarczą, sprzedawać cegiełki, dostawać odpis z podatku (IMHO 0.5%) jak dziś organizacje dobroczynne. By zabiegały o wyborców dzień w dzień, a nie tylko raz na 4 lata. A jakby kradły pieniądz publiczny czy korumpowały się, to od tego jest prokuratura, służby i sądy by ich złapać i za to ukarać. Tak działają normalne kraje i instytucje państwowe. 


I dlatego właśnie, że pytania były dla partii niewygodne, zaczęła się wojna na referenda ze strony PISu i kompletne solidarne zignorowanie kampanii referendalnej przez partie polityczne. Bo pytania były przeciw ich interesom. Smutno mi z tego powodu. Wychodzi na to, że jak ludziom czegoś palcem nie pokażesz, to tego nie zauważą. Że naprawdę niewielu nie potrafi spojrzeć na sprawy społeczne z szerszej perspektywy. Ja wiem, że obecna ordynacja wyborcza jest do niczego. Że głosowanie możliwe tylko w jedynym lokalu w kraju, w miejscu zameldowania, w dzisiejszych czasach to archaizm i XIX w. Ale trzeba to wykorzystać, by go wreszcie zmienić. Inaczej, jak już pisałem, taki system będzie obowiązywał w nieskończoność, bo jest korzystny dla partii przy korycie i ich klienteli. Wczoraj słuchałem komentarzy polityków i niemal widać było jak zacierali ręce z radości. PO zganiało winę na prezydenta Dudę ("przecież mógł odwołać"), PiS na Komorowskiego ("Nie dopisał naszych pytań") a razem na Kukiza (po co startował, uzyskał 20% i wywołał cały "problem"). No to jest już wielka bezczelność - obarczać winą opozycję pozaparlamentarną. Kukiz starał się robić dobrą minę do złej gry. Ja go nie potępiam - przecież nie miał kilku lub kilkunastu milionów złotych na kampanię uświadamiającą. Ci którzy je mieli, wypieli się na to wszystko i wydali je na propagandę wyborczą.


Totalnie zawiodła też i IV władza, czyli media. Od początku mówiły, że pytania są niejasne i niewiążące, że frekwencji raczej nie będzie, że referendum zostało zapomniane, bo Komorowski nie jest już prezydentem. A dziś jeden z redaktorów Programu Trzeciego Polskiego Radia powiedział, że jakby referendum było o tym czy Polska ma przyjmować uchodźców, to poszłoby z 50% uprawnionych. Noż kurde jasne że by poszło. Bo trąbicie o hordach nielegałów rano, w południe i wieczorem. To problem stał się głośny. Zabrakło reportaży pokazujących jak partie pasą się na naszych pieniądzach i jaki zgniły układ wytworzył się w instytucjach i urzędach. Ludzie już pozapominali artykułów z 2013 opisujących jak pieniądze "partyjne" są wydawane na garnitury, cygara, alkohol czy nawet kluby go go. A jeśli się nie mówi o problemie, to go nie ma. Co pokazała 10% frekwencja. :( Naprawdę szkoda gadać. Wstyd mi za resztę obywateli. Wychodzi na to, że nie obchodzi ich co się dzieje z publicznym groszem. :/


I jeszcze - media tak olały sprawę że nie zrobiły sondaży Exit polls jakie do tej pory były przy każdych wyborach. Żenada. I teraz wszyscy wyglądają kiedy PKW poda wyniki. Takie właśnie mamy dziennikarstwo - zamiast przed lokalami, redaktorzy siedzą przed laptopami i tylko czekają aż ktoś inny opublikuje wyniki, by oni mogli przekleić je na swoje strony. 

P.S. Komorowski - oddawaj moje 100 milionów. :)


wtorek, 1 września 2015

Lucky Luke: Dalton City Hachette

Wchodzę dziś do saloniku prasowego Ruchu w moim mieście (ale nie tego gdzie kupuję WKKM), by jak zwykle sobie na półki popatrzeć. Rozglądam się, patrzę a tam leżą ze trzy egzemplarze kolejnej komiksowej kolekcji Hachette - Lucky Luke. Z miejsca kupiłem jeden z nich, wróciłem do domu, przeczytałem i mogę się teraz podzielić wrażeniami.


Ta seria miała już próbną edycję wiosną tego roku gdzieś na północy Polski. U nas na południu, była próbna wersja Asterixa. Moim zdaniem teraz decyzja została podjęta i Hachette wypuszcza na całą Polskę Lucky Luke'a. Pewnie chodzi o to, że rynek ciągle jest pełny egmontowych Asterixów, ale z dostępnością przygód najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie, nie jest już tak różowo. Niektórzy piszą, że to pewnie kolejna wersja testowa tyle że w innych rejonach Polski, ale nie chce mi się w to wierzyć. Po prostu oni dziś jeszcze do kiosków Ruchu nie zaglądali. Choć ciekawa sprawa - w drugim saloniku odwiedzonym dziś przeze mnie, tej Kolekcji nie było. Liczę na komentarze i doniesienia jak to jest w innych rejonach kraju. Dziwne by było, gdyby okazało się, że Kolekcja LL jednak nie rusza a np. wyprzedaje się w ten sposób niesprzedane egzemplarze.


Po rozdarciu foli pierwsze co się rzuca w oczy, to format albumu. Zdecydowanie większy niż WKKM i większy od Asterixa. Przyłożyłem kartkę A4 - ta sama wysokość, ale komiks jest szerszy. W środku strony są drukowane na sztywnym "tekturowym" papierze a nie na błyszczącej kredzie. Stron jest 50 czyli podobnie jak u Thorgala. Dalej mamy fajny plakat, jak w Asterixie, formatu 50x70 cm, tekturową grafikę (która jest ładniejsza IMHO niż "gołe" postacie w Asterixie), ulotkę reklamową, ankietę i kartkę do prenumeraty. Prezenty dla prenumeratorów to dalej badziewia - brelok, film fabularny o Lucky Luke'u i kubek. Ten ostatni jest nawet fajny ale przyszedłby dopiero w 3 paczce. Dla tych co naprawdę chcieliby zbierać tą Kolekcję, prenumerata jest raczej dobrym wyborem, bo cena za tom jest 5 zł niższa od kioskowej. Zwykli nabywcy muszą płacić za regularny numer 30 zł - czyli tak jak za ich Asterixa. 


Jeśli chodzi o Lucky Luke'a to jestem kompletnym laikiem. Jak przez mgłę pamiętam, że kiedyś dziecięciem będąc, oglądałem kreskówkę o tym bohaterze w publicznej telewizji. Komiksów z nim nie czytałem, bo po pierwsze nie czytam europejskich, po drugie była niska ich dostępność, po trzecie - Egmonty drogie są. Dlatego lekturę rozpocząłem z neofickim zapałem i ciekawością. I się nie zawiodłem, bo choć szybko czas zleciał, był on bardzo przyjemny.


Joe Dalton zostaje omyłkowo wypuszczony z więzienia, uwalnia swoich braci i razem z nimi zajmuje byłe Fenton City, które chwilę wcześniej Lucky Luke oczyścił z przestępców. Bracia sami zamierzają założyć własne miasto bezprawia a aby ściągnąć do niego mieszkańców, chcą wyprawić wielkie wesele Joe'go i Lulu Spluwy. Całe założenie fabuły i przebieg akcji jest oczywiście absurdalny. Zwłaszcza w tym jak traktowany jest Luke przez Daltonów. Czyli znowu - zamiast zabić go od razu, realizują swój głupi plan a czytelnik tylko czeka na zwycięstwo sympatycznego kowboja. W tm komiksie gra on raczej rolę drugoplanową. Na pierwszym miejscu są Daltonowie i ich wizja posiadania własnego miasta. Czytało mi się to wszystko świetnie dzięki fantastycznym gagom i masie dobrego humoru, z którego jak rozumiem, słynie także ta seria. Bawi wszystko - od ikonicznego przedsiębiorcy pogrzebowego, mierzącego miarką nowo przybyłych, poprzez więźniów nie chcących opuścić więzienia (motyw powtarzany przez Stephena Kinga w Skazanych na Shawshank) po dostarczanie zaproszeń weselnych. Zabawy dostarczają też tradycyjnie śmieszne postacie czyli Joly Jumper, pies Bzik, Averell Dalton oraz nowa lecz przebojowa Lulu Spluwa.


Na końcu mamy też oczywiście dodatki. Niedużo - zaledwie 3 strony z kawałkiem, ale możemy się dowiedzieć choćby tego, że premierę komiks miał w 1968 roku a Egmont wydał go pierwszy raz po polsku w 2001. Nie spodobała mi się tylko ramka zatytułowana "Z dziejów komiksu. Rok 1969" która przytoczyła dwa wydarzenia, ale dotyczące tylko Europy. Nie było nic o USA. Poza tym numer jest świetny. Zwłaszcza dla tych którzy przerobili już wszystkie Asterixy po kilkanaście razy. Zmieniamy realia na Dziki Zachód i możemy się cieszyć podobnym typem humoru, zwłaszcza że scenariusze wielu tomów również tworzył Rene Goscinny.

P.S. Ludzie z innych stron Polski donoszą, że u nich w kioskach nie ma tego albumu i że to jest drugi rzut testowy na lubelszczyznę, jak w przypadku Thorgala. Nawet nie wiedziałem, że Thorgal był testowany aż dwa razy. W każdym razie - na start Kolekcji poczekamy pewnie do grudnia.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dr Strange: A Nameless Land, A Timeless Time WKKM #72



Niektórzy narzekają na nadmiar tomów z Avengersami, mutantami i Spider-Manami w WKKM. To teraz proszę bardzo – dostaliśmy Doktora Strange’a, by paleta bohaterów była bardziej urozmaicona.


Do samodzielnych przygód Sorcerer Supreme mam stosunek neutralny. Mogę je przeczytać, ale poza drobnymi występami w innych tytułach, nigdy nie byłem jego fanem. Tom „Przysięga” posiadam na półce, tylko dlatego, ze otrzymałem go w prezencie. Na spokojnie podszedłem do „Bezimiennej Krainy Poza Czasem”. Oczywiście lubię Steva Ditko – któż go nie lubi? Za współstworzenie postaci Petera Parkera, dawno już powinien mieć postawiony pomnik. Ale jako człowiek był trochę dziwny. Do dziś nie rozumiem czemu odszedł z Marvela. Jasne -  miał konflikt ze Stanem Lee, o rozwój postaci i o pieniądze. Ale przecież chyba mógł tworzyć wtedy jednocześnie dla Marvela i DC, jak to robił Neal Adams parę lat później? No i kto według niego miałby się kryć pod maską Zielonego Goblina, jeśli nie Osborn?? Bo tej kwestii „Niezwykła Historia Marvel Comics” już nie wyjaśniła.


Historia opowiada o starciu Dr Stange’a ze swoimi dwoma największymi wrogami – Dormammu i Baronem Mordo. Tzn. tak jest napisane w zajawce, na tylnej okładce. Bo skąd ja mogę wiedzieć jakich wrogów miał ten bohater, skoro tak mało go znam? Fajnie, że przedstawiono w Dodatkach galerię kilku innych przeciwników. Ale same rysunki nic mi nie powiedzą.  Przydałyby się choć krótkie ich opisy. No dobra – Dormammu znam, bo wystąpił w kreskówce Spider-Man TAS. Ale to tyle.


I ci dwaj wrogowie łączą swoje siły by pokonać doktorka. A wygląda to w ten sposób, że początkowo Dormamu siedzi w swoim wymiarze, związany przysięgą. Obiecał, że nie zaatakuje Ziemi swoją mocą, ponieważ wcześniej Strange pomógł mu obronić jego własny wymiar. Dlatego teraz chce on zabić czarodzieja, aby mieć wolne ręce. Wymyślił więc, że napompuje swoją mocą Barona Mordo, który wykorzysta ją by ostatecznie zwyciężyć ich największego wroga. I w ten sposób możemy śledzić te początkowo bardzo nierówne zmagania.


I cóż można napisać więcej, by za bardzo nie spoilerować? Dziś jest to opowieść dość schematyczna. Bohater jest zaskakiwany, przez zwiększoną potęgę swoich przeciwników. Ale ci nie zabijają go, on ucieka... i reszty można się domyśleć. W latach 60-tych pewnie mniej to raziło. Jednak kiedyś te schematy musiały się narodzić, a Silver Age to czas w którym wytworzyły się zasady komiksowe często obowiązujące do dziś. Jak choćby „iluzja zmiany”, czy też słynny monolog w którym vilan wyjawia bohaterowi wszystkie swoje tajne plany. Niby robi to tuż przed tym jak planuje go zabić, ale wiadomym jest, że dobra postać zawsze uwolni się ostatniej chwili. Fabuła pewnie spodobała by się Jerememu Clarksonowi, bo dużo się mówi o mocy. O jej posiadaniu i dysponowaniu nią. A wiadomo, że „Power is everything”.


Podczas lektury widać, że rzeczywiście Ditko stosował w swojej pracy teorię obiektywizmu Ayn Rand. Postacie są albo dobre albo złe, nie ma odcieni szarości. I w sumie mi to się podobało, bo obecnie charaktery niejednoznacznie moralne są powszechne jak chwasty na polu. A mnie wkurza gdy badguye nagle zmieniają swoje postępowanie, w 5 minut wybacza się im wszystkie zbrodnie i przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Choćby ciągłe "schadzki" Magneto i X-Men albo ułaskawiony przez prezydenta USA Norman Osborn. Tylko Hawkeye jest chlubnym wyjątkiem - zresztą nie popełnił on szczególnie wielkich przestępstw.. U Ditko nie ma takich numerów – źli pozostają źli, a Doktor nie skusi się by przejść na stronę Dormamu czy Rasputina. Nie wezwie też innego demona by osiągnąć swój cel, jak to zrobiono podczas World War Hulk.


Rysunki są naprawdę dobre a odmienne wymiary psychodeliczne i odpowiednio zakręcone. Choć ja z dystansem podchodzę do tej graficznej zapowiedzi ery disco w nadchodzących latach 70-tych. Największe wrażenie wywarły na mnie chyba rysunki gdy Strange używał trzeciego oka. Wyglądał wtedy naprawdę obłędnie. I jeszcze ten żółty promień który z niego wypływa, gdy hipnotyzował ludzi. Można różnie to odczytywać. Małym minusem są trochę pustawe tła, które wypełniono różnymi odcieniami niebieskiego.


Zawsze dużą wagę przykładam do humoru zawartego w komiksach. Bo ich funkcja rozrywkowa jest dla mnie podstawową zachętą do czytania. I tutaj trochę mi tego zabrakło. Jasne – jest spora doza pompatyczności i przeegzaltowania postaci. Ale nie jest to tak komiczne jak w „Zmierzchu Mutantów”. W sumie dobrze oddano zamysł autorów – poważne starcie o losy świata. Moim zdaniem przydałoby się jednak więcej chwil odprężenia i odreagowania stresu. Bardzo spodobała mi się scena gdy Doktor się multiplikował. W tym garniturze przypominał mi trochę Agenta Smitha, który robił to samo w Matrixie Reaktywacji. Znamienna była też scena zebrania władców różnych wymiarów. Po czymś takim, wcale nie jest dziwne, że Strange uznał się za godnego dołączyć do Iluminati by kierować sprawami planety. Bo już nie takie rzeczy robił. Miło też było popatrzeć na fantastyczne okładki czasopisma "Strange Tales", które doktorek dzielił najpierw z Thingiem i Human Torchem, a potem z Nickiem Furym. Mamy mały wgląd jakie przygody mieli wtedy inni popularni herosi.


Dlatego ja mam stosunek neutralny do tego tomu. Zły oczywiście nie jest i przyjemnie było poznać klasyczną opowieść o Doktorze Strange’u. Polecam go miłośnikom tej postaci. Ja zachwycony jednak nie jestem.

środa, 12 sierpnia 2015

Captin America & Falcon: The Secret Empire WKKM #71

Dziś wyszedł drugi z szeregu czterech klasyków jakie prezentuje nam Hachette w te gorące wakacje. Kto czytał wcześniej "Avengers Forever", wie mniej więcej o co chodzi w tej całej historii. Ja jednak niezrażony z entuzjazmem podszedłem do lektury tego tomu.


Na początku okazuje się, że ktoś prowadzi oszczerczą kampanię medialną, przeciwko Kapitanowi Ameryce. Jako człowieka skrajnie uczciwego, takie pomówienia bardzo bolą Steve'a Rogersa, więc idzie się rozmówić z szefem Komitetu na Rzecz Przywrócenia Amerykańskich Wartości, który je rozpuszcza. Niestety, chcąc załagodzić sprawę, Kapitan nieświadomie wpada w zastawioną pułapkę. Na charytatywnym pojedynku bokserskim, wszystko zostaje tak zaaranżowane, by wyglądało na to jakby Rogers zabił człowieka. Kapitan początkowo chce uciekać, ale zostaje powalony przez mięśniaka Komitetu - Moonstone'a. Po krótkim pobycie w areszcie następuje ucieczka. Do Steve'a dołącza Falcon, który skoczył na chwilę do Wakandy by Czarna Pantera dorobił mu skrzydełka do kostiumu. Razem z Kapitanem chcą dociec, kto ich w to wszystko wrobił. Spotkanie z X-Men pomaga ustalić, że wrogiem jest Tajne Imperium - złowroga organizacja mająca swoje niecne plany. Bohaterowie łączą swoje siły w walce ze wspólnym wrogiem.


Jestem ciekaw, czy George Lucas wtedy czytał ten komiks. Ukazał się on przecież 2 lata przed premierą "Nowej Nadziei", czyli w czasie jak ten kultowy dziś film powstawał. Nazwa "Imperium" okazała się bardzo chwytliwa - może i tutaj leży inspiracja? W każdym razie mi czytało się to zaskakująco dobrze. Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że minęło 41 lat od czasu premiery. Ale ta stylistyka lat 70-tych właśnie mnie kupiła. Po prostu nieświadomie, dla człowieka z 2015 okazała się bardzo zabawna. I to nie przez koszmarnie banalne dialogi jak to było w "Zmierzchu Mutantów", ale głównie przez konwencje i zachowania postaci.


Choćby Falcon który nie ufa białym i o pomoc, aby miał większą siłę, zwraca się do "czarnego brata" - Czarnej Pantery. :) A o swojej dziewczynie mówi ciągle "moja kobieta". Stereotypowo jest też pokazane, że aby przypodobać się mieszkance Harlemu, trzeba jej podarować złotą biżuterię. Dziś to wszystko byłoby nazwane seksizmem i rasizmem, a dla ówczesnych było całkowicie normalne. Śmieszny był też opis "Wpada Falcon (sokół) dumny niczym orzeł", oraz słowa Sama "Do mnie Redwingu", niczym z ust Silver Surfera wyjęte. Także jego wchodzenie na latarnię jest strasznie głupie, o czym sam zdaje sobie sprawę. Potem scenarzyści już rezygnują z tej absurdalnej wady konstrukcyjnej skrzydeł, wprowadzając jednak pewną nieścisłość fabularną.


Rozbrajająca była też sytuacja, gdy zrzucona Kapitana i Falcona z wysokiej skały, ale pozostawiono temu drugiemu skrzydełka, dzięki którym się uratował siebie i towarzysza. Mieliśmy tu podobną sytuację jak w Golden Age gdy Sub Marinera przestępcy "zabijali" wrzucając go do wody. W sumie z tych wszystkich głupotek wychodzi nieporadny czarny sidekick, który nie radzi sobie bez Kapitana. Ciekawe czy było to zrobione specjalnie, czy podświadomie? Inne zabawne sceny to prototyp smartfona jaki dzierży Linda czy dobra scena wkroczenia na scenę meneli o rycerskich odruchach. Tutaj właśnie zerknąłem do oryginału, bo chciałem sprawdzić czy tłumacz nie zniszczył cytatu z "Planety Małp". Były nieścisłości ale słów "damn dirty mutie" rzeczywiście nie było.


W ogóle z mutantami nawet Profesor X nie chce być widziany. I słusznie. :D Ale najzabawniejsze były chyba odwiedziny w motelowym pokoju. Wchodzi jakiś facio w kapturze, pierwszy raz widzą się na oczy ze Steve'm i Samem a on od razu - "Witam. Jestem przedstawicielem Tajnego Imperium" - chcecie się przyłączyć? Jakby im ubezpieczenia albo ciastka sprzedawał. Potem jest równie pompatycznie "Tędy przechodzą przyszli władcy świata". A na końcu Numer 1 masakruje (lewaków) ze swojego Annihilatora Atomowego. Naprawdę były to czasy disco i widać to w komiksie bardzo wyraźnie. Na fanpageu WKKM ktoś zwrócił uwagę na niezwykle germańską pozę Thora na okładce. To też ma w sobie duże pokłady komizmu - i to już od pierwszych stron.


Podobało mi się jeszcze to, że Kapitan Ameryka okazał się prawdziwym mężczyzną. Zaczął sypiać z Sharon, bo jego miłość z czasów II Wojny Światowej a jej starsza siostra - Peggi Carter, była już stara i brzydka. Właśnie tak to się robi. :) Mamy też kwestię Afery Watergate i wyświechtane wręcz stwierdzenie (jak w serialu "Newsroom"), że "Ameryka to najwspanialszy kraj na świecie". Taaa - zbudowany na eksterminacji rdzennej ludności indiańskiej i innych imperialnych wojnach z sąsiadami. "Wolność" zahartowana we krwi niewinnych. Ale o tym już się oczywiście nie wspomina. Jak zwykle w swoim własnym mniemaniu Amerykanie są bieli niczym lelije. Dlatego mnie Polaka, ten tak uproszczony wątek kondycji moralnej USA lat 70-tych w ogóle nie ruszył. Fajne były za to odniesienia fabularne do poprzednich numerów Kapitana Ameryki (mam wiele do nadrobienia chcąc zgłębić to wszystko) oraz do Jungle Action Dona MacGregora, które również zawitają do Polski. Szkoda, że będzie to tom 116 WKKM, który ukaże się dopiero 3 maja 2017 roku. :)


Kompletnie zaskoczył mnie za to poziom rysunków. Nie popatrzyłem dokładnie i myślałem, że ich autorem jest John, a nie Sal Buscema. Bo oprócz Banshee'go, który wyglądał jak orangutan, to strona graficzna naprawdę mi się podobała. Dla mnie jest to poziom Kirbiego i Romity Seniora. Wszystko jest czytelne, odpowiednio szczegółowe, komiksowe i wygląda bardzo dobrze. Nic dziwnego, że Sal Buscema przez długi czas prowadził serię o Kapitanie Ameryce a potem przez dekadę o Hulku. Miał talent facet. Dobrze, że Hachette wrzuciło na koniec aż 3-stronną notkę biograficzną o tym artyście. Teraz mam wreszcie pełny jego obraz. Dopiero teraz dochodzę do wniosku, że to chyba wiek spowodował pogorszenie się jego kreski. Serio - buscemowe rysunki Spider-mana przedrukowywane przez TM Semic są dla mnie okropne. Uważam je wręcz albo za niedbałe szkice lub w ogóle bohomazy. Oskarżam Sala o artystyczne zniszczenie tych fragmentów Clone Sagi, które on tworzył. I tutaj zdania nie zmienię. O 10 lat za późno odszedł na emeryturę. :) 


W ostatnich numerach WKKM coraz mniej jest dodatków na końcu albumu. Nawet w tak cienkich jak "Shadowland". Tutaj Hachette mogłoby się poprawić. Spostrzegłem też dwa błędy korekcyjne w dymkach, ale wiadomo, że za wiele od redaktorów z Muchy wymagać nie można. :D Ale za dobry komiks z lat 70-tych i słowa Steve'a "Tylko ja mogę być albo nie być Kapitanem Ameryką" (a nie jakieś Zimowe Żołnierze czy Falcony), osobiście polecam zapoznanie się z tym tomem. Uważam, że osobom z poczuciem humoru i dystansem do siebie i komiksów, ta historia powinna się spodobać.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Ian Douglas - Star Carrier

Star Carrier to cykl książek sci-fi. Natknąłem się nawet na określenie "militarystyczne sci-fi". Może i tak. Nie jestem wielkim znawcą i koneserem, by rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i klasyfikować do 10 miejsca po przecinku. W każdym razie akcja dzieje się głównie w przestrzeni kosmicznej i jest tam sporo bitew - to fakt.


Na tą pozycję natknąłem się przypadkiem w bibliotece, gdy chciałem znaleźć sobie coś lżejszego do poczytania w wolnych chwilach. Lektura wciągnęła mnie jednak bardziej, niż np. taki "Szpital Kosmiczny", który czytałem przedtem. Dlatego gdy przerobiłem (jak się okazało) tom 1, potem już ciurkiem pochłonąłem pozostałe 4 dostępne. Najnowszy szósty - "Głębia Czasu", wyszła po polsku dopiero teraz - 15 lipca.Wydało go wydawnictwo Drageus Publishing House o którym słyszę pierwszy raz w życiu. Tym razem egzemplarz nabyłem już na własność i  mogę się podzielić swoimi wrażeniami.


Początek jest banalny jak zwykle. Mamy początek XXV w. i ludzkość od dawna już sięga do gwiazd. Tylko jak zawsze spotykamy wrogą rasę, której coś nie pasi. Galaktyczne Imperium Sh'daar, żąda od ludzkości by przyłączyli się do Sojuszu, podporządkowali władcom Galaktyki i ograniczyli swój postęp technologiczny. Dlaczego? Tego czytelnik dowiaduje się zagłębiając się w treść książki. W każdym razie, wojna trwa już ponad 40 lat. Ziemianie uginają się pod naporem obcych ras podległych Imperium, które nad nami mają przewagę technologiczną. Dużą przewagę. Dlatego kawałek po kawałku nasze kosmiczne kolonie są zajmowane przez wroga, który coraz bardziej zbliża się do Układu Słonecznego.


Książka zaczyna się opisem bitwy którą toczy Grupa Bojowa Lotniskowca Gwiezdnego "America". 40 lat świetlnych od Ziemi ludzie usiłują ewakuować swoją kolonię, zanim Obcy ją zniszczą. I na tym skupia się głównie fabuła - ciąg bitew, składających na kampanię mającą na celu wygranie tej cholernej wojny, zanim zostaniemy unicestwieni. Bardzo obrazowe są to opisy. Ja się wciągnąłem na maksa i naprawdę przejmowałem losem każdego statku kosmicznego i każdego myśliwca. Może trochę zbyt proste było niemal kropka w kropkę przeniesienie nazw obecnych statków morskich, na pojazdy kosmiczne. Tak więc mamy tu niszczyciele, fregaty, pancerniki i perły w koronie czyli lotniskowce. Osobiście wolę takie podejście stargateowo/starwarsowe, gdzie ogromne znaczenie dla przebiegu i wyniku bitwy mają chmary myśliwców walczących w zwarciu. Marginalizacja tych jednostek w Star Treku zawsze mi się nie podobała.


Głównych bohaterów jest dwóch. Jeden to oczywiście pilot myśliwca - Trevor Grey. Oczywiście jest też outsiderem, pogardzanym przez innych pilotów z racji swojego pochodzenia, którym nie będę was tu męczył. Ale przypomina nam to coś, nieprawdaż? Także oczywistym jest, że jest on genialnym pilotem, nie jeden raz ratującym całą flotę z opresji. Drugi bohater to jego dowódca - admirał Alexander Koenig, który dowodzi całą grupą bojową. Jego rozdziały na poziomie strategicznym wyjaśniają nam dlaczego flota leci tam gdzie leci. On też się musi zmagać z przeciwnościami, czyli głównie ze swoimi zwierzchnikami politycznymi, którzy albo chcą się skupić na dramatycznej obronie tylko Układu Słonecznego albo w ogóle poddać Shd'aar rezygnując z naszej niezależności. A tak się wojen wygrać nie da. Trzeba ją zanieść do domu przeciwnika - inaczej leżymy.


Żeby nie było za łatwo, oprócz zapóźnienia technologicznego, musimy się też zmagać z fizyką. Nie mamy radia nadprzestrzennego, nie mamy szybkiej nadświetlnej. Komunikacja i koordynacja działań jest przez to utrudniona. A wrogowie posyłają przeciw nam olbrzymie floty i cuda wianki - asteroidy przerobione na statki-matki, broń gamma, grawitacyjną, taktyczną nadświetlną, zakrzywiacze czasoprzestrzeni. Teoretycznie rzecz biorąc, powinni nas nakryć czapką w 5 minut. Ale od czego jest nasza ludzka zaradność, pomysłowość i zmysł taktyczny. Głównie dzięki temu, raz po raz udaje się nam JAKOŚ wyjść z opresji. Brawo my. :) Jednak czyta się to fantastycznie. Język jest prosty, rzeczowy i niezwykle obrazowy. Ja bez problemu poddałem się emocjom, które autor opisuje na kartkach powieści.


Wadą dla mnie jest brak przejmowania technologii. W takim chociażby Tiberian Sun i War uwielbiałem inżynierami zdobywać wrogie instalacje. A tutaj tego nie ma. Mamy rozwój technologiczny pomiędzy następnymi tomami, ale żeby była akcja w której oddział Space Marines zajmuje wrogi statek, a potem z jego potężnych, lepszych dział rozwalamy wrogą armadę, to tak nie ma. mamy na początku ludzką nanotechnologię, implanty, zmyślne ludzkie komputery i A.I. i musimy sobie z tym radzić. Dlatego jesteśmy świadkami sporej liczby taktycznych sztuczek, podstępów i niespodziewanych ruchów, dzięki którym pokonujemy przeważające siły Obcych, mimo czasem ciężkich strat własnych. Ten pewien schematyzm boli zwłaszcza z powodu niszczenia materiału ludzkiego. Przez 6 książek w sumie podstawowa taktyka pozostaje ta sama - posyłamy przodem myśliwce i niech se radzą. Co zwykle kończy się trzebieniem załóg i coraz mniejszą liczbą kolejnych eskadr. Inną wadą jest to, że autor nie wymyślił prawdziwych naukowców przyszłości. Odwołania technologiczne i ideologiczne są głównie do ludzi nam współczesnych. Po 2010 roku postęp i wydarzenia są opisywane bezosobowo. Zbudowaliśmy napęd FTL, ale już nam nie powiedziano kto tego dokonał.


Autor nie ustrzegł się też powtórzeń charakterystycznych dla wielotomowych sag. Czyli księga za księgą przypominane skrótowo są nam zdarzenia z poprzednich części. Jak to się czyta ciurkiem, to staje się to męczące. Ale największą, największą wadą jest to, że to jeszcze nie koniec. Jak zawsze akcja urywa się w najciekawszym momencie. Ian Douglas ma już 65 lat, plany kolejnych części nie są jeszcze ujawnione i w ogóle nie wiadomo czy będą. A to byłaby szkoda. Gorąco zachęcam do zapoznania się z tym cyklem. Mnie wciągnął do głębi. Myślę, że inni miłośnicy sci-fi i kosmicznych bitew będą bardzo usatysfakcjonowani, jeśli zapoznają się ze Star Carrierem.

piątek, 31 lipca 2015

All New X-Men: Wczorajsi X-Men


Ten komiks uczy by naprawdę nigdy nie oceniać książki po okładce i krótkim opisie fabuły. Do Briana Michaela Bendisa mam stosunek raczej negatywny. Świetnie wyszedł mu początek New Avengers, ale potem nie potrafił utrzymać jakości w kolejnych zeszytach. Cały Świat Ultimate uważam za skok na kasę. Współtworzona przez niego Civil War to porażka. Secret Invasion i Siege były średnie. Wspaniale rozwiazał kwestię mutantów w "House of M" by potem koncertowo wszystko zepsuć i przywrócić do stanu początkowego w "Avengers vs X-Men". Dlatego jak pies do jeża podszedłem do jego nowej serii.


Niedużo jest naprawdę dobrych komiksów, trzymających poziom od początku, do końca. Czytałem już wiele historii, których główne zamysły były całkiem dobre i sensowne, ale ich wykonanie było do niczego. Masa jest takich których i pomysł i wykonanie leżą. Ale chyba pierwszy raz czytam po polsku album komiksowy którego oś fabuły uważam za złą, ale jej wykonanie tak mi się podoba, że muszę zmienić swoje dotychczasowe zdanie. Zresztą czy tylko mi wydaje się głupie to, że współczesny Beast ściąga do naszych czasów 5 oryginalnych X-Men (w tym młodszą wersję siebie samego), żeby naprostowali Cyclopsa, który zmienił się w terrorystę.


Przed lekturą tej opowieści, przydałoby się znać MME "Avengers vs X-Men" bo jest sporo odwołań do przeszłych wydarzeń. Niestety pierwsza część po polsku tego eventu, wyjdzie w WKKM dopiero 30.11.2016, a ostatnia to numer 120 kończący drugą sześćdziesiątkę 28.06.2017. Tak więc rozumiem, że nie wszyscy mogą się z tym zapoznać. Ewentualnie kto chce, może przeczytać moją spoilerową recenzję http://8azyliszkoweroznosci.blogspot.com/2013/09/moja-opinia-o-marvel-major-events.html
Krótko - współczesny Cyclops w ogóle nie zachowuje się jak Cyclops którego znaliśmy i lubiliśmy do czasów "Utopii". Scenarzyści popsuli tą postać, powodując jego irracjonalne i niewiarygodne zachowanie, by ponownie wywołać sztuczny konflikt miedzy dobrymi bohaterami. Tak jak to było w Civil war czy Av vs X-Men.


Wszystko jak zawsze ratuje humor. Bendis podszedł do siebie z dystansem i w ten sam sposób zachowuje się większość bohaterów. Wszyscy mówią do Beasta rzeczy typu "Hank, coś ty zrobił?!" "Zwariowałeś?!" "Zniszczysz continuum czasoprzestrzenne!" A potem przechodzi się nad tym do porządku dziennego i robi dalej to samo. Cyclops użala się nad sobą, nie mogąc się pogodzić ze swoimi czynami i zrzucając winę na siłę Fenixa. A przecież wiadomo, że to wina Bendisa. :) Potem on i Magneto nie mogą uwierzyć, gdy spotykają przeszłych X-Men. Ale w końcu dają temu wiarę. Wolverine jest tradycyjnie impulsywny i najpierw wysuwa szpony, a dopiero potem zadaje pytania. Najśmieszniejsza jest chyba Jean Grey. Od reakcji otoczenia, na to, że widzą ją żywą po głupie pytanie "Jak umarłam" zadane Beastowi, który odpowiada "Za którym razem?" :) Niedługo potem i tak Jean ponownie wróciła do życia i nawet jej proces z tej okazji urządzili.  Podsumowując prowadzący fanpage WKKM i niejaki SilentBob z Forum Actionum mieli rację - to jest dobry komiks. Jakimś cudem bardziej mi się spodobał od "Świata Avengers". I z chęcią przeczytam ciąg dalszy "Tu zostajemy". Może Deadpoola to nie rusza, ale mnie tak.


Nawet rysunki są lepsze. Praca Stuarta Immonena podoba mi się, bo lubię gdy komiks wygląda jak komiks. Tradycyjne rysunki to jest to. A dobry papier, kolorystyka i tusz, tylko podkreślają ich urodę. Może Fear Itself nie będzie aż taki zły, jeśli ozdobi go taka kreska? Jakość wydania taka sama jak w Avengers - okładki ze skrzydełkami, grzbiet z ikonką postaci. Tłumaczył Kamil Śmiałkowski - ten z naEkranie.pl i chyba jest wszystko dobrze. Album to tylko 5 zeszytów ale na końcu albumu dostajemy 16 stron z alternatywnym okładkami (i okładkę drugiej części), więc cienki to on nie jest. Pisanych dodatków jak u Hachette nie ma, bo pewnie więcej kosztują niż same grafiki. Nie podoba mi się tłumaczenie tytułu, ale nie wiem jak to inaczej można było zrobić. "Przeszli" czy "Dawni X-Men", nie do końca pasuje. Ale słowo "Wczorajsi"  z podróżami w czasie też mi się nie kojarzy. Zwrot "Ta nasza młodość" na tylnej okładce redaktorzy też mogli sobie darować, bo mi przypomina tylko głupia wersję starej piosenki w wykonaniu Organka i wcale nie jest to zabawne skojarzenie.


Napiszę to jeszcze raz. Egmont po tych 3 latach wreszcie wie co robi i robi to dobrze. Dając nam sześć CIĄGŁYCH serii od Mavela, naprawdę wspaniale dopełnia WKKM. Jak jeszcze dołożymy do tego nadchodzące tomy Sideci to naprawdę możemy spokojnie sobie zebrać większość istotnych historii z ostatnich 10 lat. Plus 35 klasyków. Rajskie życie dla komiksiarzy. Tylko trzeba łańcuchowo te nerki sprzedawać, by na to wszystko starczyło nam kasy. :) Ewentualnie zanieść Visiona na skup złomu. :D

Marvel Now! Avengers: Świat Avengers

U góry okładki jest cytat z Newsramy: "Avengers wracają i są lepsi niż kiedykolwiek". Dlatego możecie odpuścić sobie czytanie moich wypocin i lecieć zakupić ten komiks.


Żeby nie było, że tylko narzekam. Egmont teraz odwalił kawał dobrej roboty. Wreszcie skalkulował  i obniżył cenę do normalnego poziomu. Zrozumiał, że sposób Hachette to jedyna słuszna droga i nie powinno kopać się z koniem. Wybrali też tytuły które nie pojawią się (przynajmniej w nadchodzącej pięciolatce) w WKKM. Co lepsze - Marvel Now! dzieje się po Avengers vs X-Men i rozwija wątki które zaczęły się w komiksach z lat 2010-2012 jakie otrzymujemy w drugiej części Kolekcji. Wydawnictwo na poważnie podeszło też do kampanii promocyjnej. Zrobili reklamówkę na YT, wykupili miejsce na naEkranie.pl i w papierowym CD-Action. Czyli w dwóch miejscach, do których często zaglądam. To się chwali. Szkoda tylko, że nie zrobił tego już w 2013 roku. Lepiej jednak późno niż wcale.


Jakość wydania też jest bardzo dobra. Sam papier jest nawet wręcz za dobry. Chyba najlepszy rodzaj błyszczącej kredy, jaką mieli w drukarni na stanie. Jak pisałem w maju - miękka okładka mi nie przeszkadza, bo najważniejsza jest cena. Jeśli dzięki temu dostajemy 6 standardowych zeszytów za ok 27 zł to jestem jak najbardziej na tak. W ten sposób Vision mimo wszystko, może kupować nie tylko WKKM. Pomyśleli nawet o grzbiecie. Nie ma co prawda panoramy, ale mamy cyferkę 1 i rysunek Smashera(ki). Na ostatniej stronie mamy już zapowiedź i okładkę drugiej części - "Ostatnie Białe Zdarzenie", która prawdopodobnie wyjdzie w październiku. Jeśli ikonki na dole będą się zmieniać, to będziemy mieli dokładnie coś takiego, jak górne kwadraciki w WKKM. To dla mnie kolejny plus, bo na półce będzie się to dobrze prezentować i mieć sens. Nie to co grzbiety Batmanów z New 52, które mimo numeracji, są wymieszane względem treści.


W środku witają nas rysunki Jerome Openy. Dla mnie niestety są mocno średnie. Niby jest to rysunek tradycyjnie szkicowany ołówkiem, ale tak podkolorowany i tuszowany, żeby wyglądał jak robiony komputerowo. Tzn ja tak odczytuję zamysł grafików. Efekt końcowy mnie do siebie w ogóle nie przekonuje. Ciągle wychodzi to gorzej iż praca Mike'a Choi'a przy "Astonishing Thor", który to komiks jest dla mnie wzorcowy jeśli chodzi o prace na komputerze. Dobrze, że Filipińczyk tworzy tylko połowę tego albumu a drugą zajmuje się już Adam Kubert. On też jakoś wyjątkowo świetny nie jest. Lepiej wychodzą mu "zwykłe" postacie (choćby wizerunek dziadka Smashera), niż herosi w kostiumach, którym czasem brakuje szczegółów. Ale z tej pary artystów, robota Kuberta bardziej przypadła mi do gustu.

Do fabuły mam stosunek neutralny. Zachwycająca to ona nie jest, bo groźba zniszczenia świata i wielcy źli obcy zagrażający naszemu gatunkowi, to chleb powszedni w świecie superbohaterów. Ale jest pewna tajemnica, widmo nieuchronnej klęski wobec potęgi wroga, pseudofilozofia (dla osób które to lubią), więc źle nie jest. Zwłaszcza, że dostajemy sporą porcję akcji i odrobinę humoru - znowu głównie za sprawą Spider-Mana, któremu tym razem partnerują Cannonball i Sunspot. Powtarzam się, ale wg mnie Pajączek wychodzi zawsze najlepiej, bo w jego przypadku scenarzyści zawsze pamiętają, by dorzucić parę śmiesznych sucharów do dialogów. 


W każdym razie historia zaczyna się na Marsie, gdzie trójka tajemniczych Obcych stworzyła zielony ogród. Ale oczywiście najbardziej interesuje ich Ziemia. Dlatego wysyłają w naszą planetę tzw bomby genezy, które w swoim polu rażenia atakują wszystkie żywe organizmy i zmieniają ich w coś zupełnie odmiennego, w zamierzeniu Ex Nihilo, coś o wiele lepszego. Avengers wobec śmierci milionów ludzi, muszą zareagować i udają się na Marsa. Z czasem okazuje się, że starożytna i zaawansowana rasa Budowniczych stworzyła Ogrodników, którzy przemierzając Wszechświat i kolejne galaktyki decydując o tym które światy będą istnieć, które się udoskonali wg ich własnego punktu widzenia a które należy zniszczeć. Zgadnijcie w której grupie znaleźliśmy się my? Więcej pisać, nie będę by za bardzo nie spoilerować treści. Nie sprawdzam nawet o czym będzie nadchodzący w grudniu tom "Secret Avengers: Mission to Mars", bo może jakoś połączy się z tą historią.


Mi nie podobało się głównie rwanie fabuły. Hickman często wybiegał albo w przyszłość, albo w przeszłość sprawiając, że akcja stawała się chaotyczna. Z racji wielu nowych członków grupy dostaliśmy też parę (na szczęście) skróconych originów. Zdziwiłem się nieco, przy historii Hyperiona, którego do tej pory znałem tylko z kreskówki "Avengers Assemble" gdzie jest on łotrem i należy do Squadron Supreme. Ale skoro w komiksach jest ich dwóch, to to wyjaśnia wątpliwości? Mam też nadzieję, że w kolejnych tomach ciąg narracji stanie się choć trochę bardziej uporządkowany. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do Hachette, nie mamy tutaj okładkowych przerywników. Oryginalne zeszyty nie są wyróżnione ani wyraźnie podzielone - dostaliśmy opowieść bez przerw, jak w "Wojnie bez końca". Dodatków wiele też się nie zmieściło. Ot krótkie charakterystyki twórców na skrzydełkach, cztery okładki z tyłu i zapowiedź drugiej części. Niewiele, ale jakoś specjalnie żalu o to nie mam.


W każdym razie - od 2006 roku (upadek Dobrego Komiksu) czekałem na powrót regularnej serii komiksowej z Marvel/DC. I wreszcie jest. A nawet 6 serii na raz. Niemal jak w USA. :) Póki nie dojdziemy do tej masy głupot którymi Marvel ostatnio raczył czytelników (kobieta Thor, Falcon jako Kapitan Ameryka, śmierć Wolverine'a i Deadpoola), ja z chęcią będę nabywał kolejne tomy. Mimo wszystko chciałbym poznać jak doszło do nowych Secret Wars i jak one przebiegały.