piątek, 16 listopada 2018

Planeta Singli 2

Przez ten rok chodziłem na wszystko do kina (o tym będzie osobny post), więc na to i tak bym poszedł. Tyle że w przeciwieństwie do np. "Serce nie sługa" czy nadchodzącego "Miłość jest wszystkim" sequel hitu z 2016 miał solidne podstawy, by pokładać w nim nadzieje, że nie będzie źle. Jedynka była naprawdę dobrą, niegłupią komedią. W ciekawy sposób zabrano się i wykorzystano nowoczesne technologie, dokładając do tego polskie akcenty typu show dość podobny do programu Szymona Majewskiego, który kiedyś był emitowany w naszej telewizji. Dość świeża Więdłocha i profesjonalista Maciej Stuhr stworzyli interesującą, wiarygodną i zabawną parę. Scenariusz był przemyślany i miał sens, bo zgrabnie łączył wątek główny i poboczny. Ba - ta produkcja okazała się tak udana, że twórcy sprzedali licencję na film do USA oraz kilku krajów europejskich.


Teraz będzie już masa spoilerów, więc jeśli ktoś to chce obejrzeć, bez względu na jakość (jak 600 tyś Polaków w pierwsze 4 dni), to niech poczeka do końca swojego seansu. A jeśli szuka porady, czy w ogóle iść - osobiście nie polecam. Żal nawet tych 14 zł za bilet, jakie się płaci w tani wtorek w Heliosie. Chyba że ktoś uwielbia produkcje, które w połowie są głupie a w połowie, to fabularyzowana reklama.


Druga część kompletnie się wykłada i fabularnie i humorystycznie. Prawie wszystkie dobre rzeczy z poprzedniczki zostały popsute. Już samo zawiązanie akcji mi się nie spodobało, bo pominięto okres szczęśliwego związku naszej ulubionej pary i zaczyna się już od ostatecznej kłótni i rozstania. Choć jak zobaczyłem tą scenę, to się poczułem dowartościowany, że nie tylko ja miałem związki, które kończyły się w sposób dość dziecinny. Ale ponieważ scenarzyści to banda grafomanów, to nie wiem, czy takie rzeczy dzieją się naprawdę w życiu kogokolwiek innego. Jednocześnie od razu widzimy podstawowy zarzut wobec dwójki - straszna wtórność scenariusza. Jak jedynka była dość oryginalna, tak zmiana "zespołu kreatywnego" sequelu doprowadziła do powrotu do utartych wzorców w polskim kinie, czyli kopiowania na potęgę wszystkiego co się da z zachodnich komedii sprzed lat. Choćby ten właśnie motyw rozstania wyraźnie zalatywał naftaliną. Zaś scenarzyści nie zwracają na to uwagi. Skoro bawiło to 20 lat temu, to czemu ma nie bawić teraz? Krztyny innowacyjności nawet nie dodano.


Mamy powtórzenie, że para która po tylu perypetiach zapałała do siebie szczerą i prawdziwą miłością, po 5 minutach skupia się już tylko na wadach i udaje, że ich nie widziała wcześniej. Wpadamy w schemat dowcipu z brodą, że dziewczyna chce zmieniać swojego faceta pod swoje dyktando, a ten się stawia. Potem jest motyw gdy byli narzeczeni są zmuszeni by dalej ze sobą przebywać, a jednocześnie "wielką niespodzianką" na końcu ma być to, że wrócą do siebie. Bo przy każdym pojawia się nowa postać, która ma wzbudzać zazdrość w drugiej stronie. I oczywiście to się udaje. Sztampa, przewidywalność i prostackość do bólu. W ogóle po seansie się zorientowałem, że motyw aplikacji powtórzono prawie idealnie z "Dziennika Bridget Jones 3". Koincydencja czasowa premier chyba nie jest przypadkowa. Scenarzyści "myśląc" o pomysłach na ciąg dalszy Planety, ordynarnie zerżnęli to z kasowej produkcji brytyjskiej, która wtedy leciała w kinach. Ha - nawet narratora z offu dodali, tylko "dla niepoznaki" chyba zmieniając jego płeć.


Aby nie było nudno dokładamy jeszcze wątek Marcela szukającego swojej rodzonej matki, Karolaka i Książkiewicz przeżywających ciążę i Zośkę, która przez tą ciążę czuje się zaniedbana przez swojego ojca. Jednocześnie bezpodstawne podejrzenie o zdradę i motyw robienia z kogoś geja. Zaś nowy amant Ani jest robiony na Steve'a Jobsa. Dokładnie jak każdy techniczny bogacz w większości komedii amerykańskich. Teraz jak widzę taką postać w tym czarnym golfie, to mi się coś w środku przewraca. Na dodatek nie ma żadnego uzasadnienia dlaczego on tak leci na tą Anię. Scena z wirtualną rzeczywistością razi jednocześnie swoim bezsensem i wtórnością. Na dodatek wyskakuje jak Filip z konopi. Film jest wyraźnie pocięty i ten wątek rozgrywa się w 3-4 krótkich scenach niezbyt ze sobą połączonych. Musimy się domyślać czemu jest tak a nie inaczej. Albo przyjąć na wiarę, że skoro Więdłocha jest tu główną postacią kobiecą, to wszyscy mężczyźni w odpowiednim wieku na nią polecą. Na raz robiono 2 części tej serii (jak "Matrixa" 15 lat temu) i zabrakło dopracowania w cięciu i montażu postprodukcyjnym.


Mamy też motyw, że Stuhr nawiązuje kontakt z małym chłopcem i uczy go jak sobie radzić w życiu, jednocześnie sam się czegoś od niego uczy i przechodzi przemianę. Film z Hugh'em Grantem skrócony do 3 scen. A i jeszcze Stenka stęka, bo znajduje sobie dzięki tej samej aplikacji co jej córka, młodszego faceta, bo randki z równolatkami jej nie wychodziły. Swoją drogą tych trzech dziadków w krótkim flashbacku, z którymi się umówiła, to jedna ze śmieszniejszych scen. A Ania oczywiście nie rozumie i nie może się pogodzić z tym, że jej rodzicielka ma też swoje potrzeby. Tutaj upchnięto na szybko przezabawne kłopoty z rodzicami i pokazano jak Tomek miał rację, zarzucając jej, że zachowuje się jak swoja matka (w pierwszej części).


Najgorsze jest to, że wątków robi się sporo, ale się nie łączą, tylko lecą równolegle. Jedyne co je łączy, to to, że ich bohaterowie niby się znają. Tyle że kamera nie pokazuje nam już tej ich znajomości, bo nie ma na to miejsca. Ania i Tomek są osobno, Bogdan i Ola osobno. Niby Zośka i Marcel ze sobą rozmawiają ale niekoniecznie o tym co ich naprawdę trapi. Powtarzany tu jest zły schemat fabularny, ze słabych sitcomów. Za mało mamy interakcji i wzajemnej pomocy postaci w ich problemach. Przez co uwierzenie w tą świąteczną atmosferę i miłość, jest jeszcze trudniejsze. O nie - na końcu coś się łączy, bo chłopak matki Ani odwozi ją na lotnisko. Tak - jest też ograny do bólu motyw lotniska i tego, że chłopak nie może wysiąść i wrócić do swojej dziewczyny. Bo powrót następnego dnia jest niemożliwy.


Jest trochę dobrych żartów. Tzn tych których nie popsuł nam trailer zdradzając je wcześniej (tekst o skoku na kantor). Chociażby gdy główni bohaterowie odjeżdżają spod domu Tomka i jeszcze w samochodach od razu zmienia status na Planecie Singli. Karolak ma dobre sceny - fajnie sparodiowano montaż treningów z filmów sportowych, choć może bezpośrednie ściągnięcie sceny ze schodami z Rocky'ego to było już za dużo. Zośka mnie powaliła, gdy mówiła do ojca, że sobie zrobi tatuaż z rogatym szatanem na cycach. Scena z potem jogina kapiacym oczywiscie na Karolaka - spoko. Albo gdy Strasburger mówi, że też jak wszyscy ma konto na Naszej klasie. Ale to był jego jedyny dobry tekst. W ogóle twórcy mieli genialny wręcz pomysł - by podnieść jakość żartów w filmie, zatrudnili prowadzącego "Familiadę". No brawa, bo wyszło to jak się można było spodziewać, czyli sucharowato, ale niekoniecznie śmiesznie dla widza. Inna naftalina wylana na fabułę, to Witold Paszt wyciągnięty z głębokich otchłani naszego showbiznesu, jako wielka muzyczna gwiazda programu. Spyta ktoś, kim jest ten piosenkarz - no właśnie ja też nie wiem. Oprócz swojej solówki ma też związany z nim gryps z przekleństwem i gag z pijaństwem. Klasa sama w sobie - brawa dla pomysłodawcy.


Iza Miko miała szansę być fajną i zabawną postacią, ale znowu pojechano po linii najmniejszego oporu i zrobiono z niej tandetną, głupią gwiazdeczkę, bez żadnych zalet. Strasznie seksistowskie było granie tylko na jej seksualności i "przezabawnych" próbach przelecenia Stuhra. I jeszcze oczko do karła na koniec. Poziom żenady wzrósł bardzo wysoko. W zakończeniu uderzył mnie jeszcze jeden moment WTF w tym filmie. Ania niby uczy muzyki i jej dzieci grają na instrumentach w szkole. Cała fabuła pierwszej części kręciła się wokół pozyskania pianina dla tych zdolnych, młodych talentów. To dlaczego ich występ telewizyjny to odśpiewanie piosenki a Ania nimi dyryguje? I nie ma tam żadnego grania. Ke?! I tak przeglądam opinie o tym filmie i albo nikt inny tego nie zauważył, albo nikomu to nie przeszkadza, albo zapomniano, że śpiew i gra instrumentalna to nie jest to samo.


W poprzednich latach śmiałem się z innymi, że film "Porady na zdrady" okazał się fabularyzowaną reklamą parówek Berlinek, sałatki wegańskiej Cezar i masy innych produktów. Tu jest tak samo, a nawet więcej i jakby gorzej. Bo Dereszowska nie kupowała tych Berlinek w specjalnym automacie z parówkami. A tu mamy chyba jedyny w Polsce automat z samymi Princessami o jedynie słusznym smaku waniliowym "Planeta Singli Edyszyn". A tuż przed samym rozpoczęciem filmu jest jeszcze reklama tej samej Princessy z Więdłochą w roli głównej. Koszmar po prostu. O masie innych produktów, które wybijają się na pierwszy plan już nie wspominam, ale ogląda się to źle. Bezpośrednio, bez żadnego wstydu są sceny które wręcz krzyczą, by kupić to czy tamto. Kolejny raz okazuje się jak zdegenerowny jest rodzimy filmowy światek. Przecież jedynka zarobiła grube miliony. Posprzedawano licencje. To gdzie są te pieniądze? Czemu nie odłożono ich na produkcję drugiej części?? Bo pewnie znowu wszystko trafiło do wąskiej grupki prywatnych producentów i na rozbuchane gaże reżysera (teraz to jakiś no name z Ameryki), scenarzysty-grafomana i "gwiazdy" występujące w tym "dziele". A po zakoszeniu wszystkich zysków dla siebie na ciąg dalszy znowu w połowie zrzuci się państwo, w połowie reklamodawcy, trochę da TVN/Polsat i mamy znów fabularyzowaną reklamę. Pewnie czwórka zamieni się w promocję pieluszek ich dziecka.


W mule tych wszystkich mankamentów widać, że gra aktorska też prezentuje się słabiutko. Największe zarzuty mam do Więdłochy, która jest kolejnym przykładem aktorki jednej roli. Ot wybiła się te 2 lata temu, gdzie była dość świeża i przyjemna dla oka. Ale potem szybciutko rozmieniła się na drobne. Poza krótkim, dobrym występie w "Uchu Prezesa" nie pokazała więcej nic. Szczególnie widać to w "Kobiecie Porażki" z marca. Tu gra płasko, nudno, schematycznie, groteskowo. Stała się własną parodią i o wiele rzadziej śmieszy. Stuhr zaś widać że się starzeje. Wygląda na wymiętoszonego, zmęczonego i zniechęconego tym wszystkim. Teksty ma niezłe ale wypowiada je wymuszonym tonem. Pewnie najchętniej rzuciłby to wszystko, ale żyć z czegoś trzeba a apartament w Śródmieściu sam się nie spłaci. Teraz jeszcze bardziej podoba mi się jego los z "Juliusza". O Karolaku to nie ma co gadać - wypada nawet dobrze, ale ta wtórność i przewidywalność jego motywu gasi przyjemność jego oglądania. Stenka i Książkiewicz poprawnie.


Cały film ledwo, ledwo ale nie jest totalnie denny. Można się zapaść w fotelu na te 2 godziny i obejrzeć. Nawet czasem się zaśmiać z tych dobrych żartów. Nadzieje na dobrą kontynuacje giną  jednak pogrzebane przez ww potworną wtórność, sztuczność, niewiarygodność, żenadę na ekranie, reklamowatość i średnią grę aktorską. Ale w sumie nie wiem, czemu boleję nad tym filmem i się produkuje. W pierwsze  4 dni do kin poszło na to prawie 600 tyś Polaków. Czyli te wszystkie wady nie mają żadnego znaczenia. Polski rom-kom może być totalnym crapem ale i tak swoje zarobi. Dopiero odejście od takiej formuły, przy słabym scenariuszu ("Atak Paniki") może wreszcie wpłynąć na frekwencje. W innym wypadku wszystko przejdzie, co pewnie pokażą nam kolejne walentynki.

5/10 z łaski.


1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawie napisane. Jestem pod wielkim wrażaniem.

    OdpowiedzUsuń