wtorek, 27 czerwca 2017

New Avengers tom 4: Doskonały Świat

Egmont powoli, powoli zbliża się w do końca Marvel Now i Tajnych Wojen 2015. Zajmie im to jeszcze ponad rok, ale w drodze do tego wszystkiego dostajemy czwartą już część Nowych Avengers, pod którym to tytułem śledzimy poczynania dalszych losów na nowo zebranych Iluminatów. Przepraszam, ze ten tekst jest spoilerowy, ale wobec wydarzeń tego komiksu ja nie mogłem inaczej tego napisać.


W sumie niewiele się zmieniło od czasów zarysowania problemu w pierwszym tomie. Ziemi i całemu Wszechświatowi 616 grozi zagłada z powodu inkursji. Alternatywne światy zaczynają na siebie nachodzić w miejscu położenia naszej planety i nikt nie wie dlaczego oraz jak to powstrzymać. Prawdopodobnie winne są zaburzenia kontinuum co raz wywoływane czy to przez Avengers, czy X-Men, czy też innych ziemskich herosów. (Era Ultrona, Wczorajsi X-Men, Uncanny Avengers). Nie wiem czy te przyczyny zostały wyjaśnione w końcu całej opowieści, bo nie czytałem angielskiego oryginału, skoro ma to wyjść po polsku. Zobaczymy na święta 2018.


W każdym razie nasza Ziemia jest w nieustannym niebezpieczeństwie i Iluminati starają się zapobiec końcu wszystkiego. Do tej pory mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, ale teraz nadchodzi punkt krytyczny. Nie ma już innej drogi niż użyć bomby z antymaterią. Trzeba zabić miliardy niewinnych istnień aby ocalić biliardy innych, oraz oba Wszechświaty. Tyle że nagle Avengersom mięknie rura i żaden nie chce nacisnąć spustu. W tym momencie śmiech mnie ogarnął. No przecież od początku było wiadomo, że dojdą do tego miejsca. Właśnie dlatego wywalili Kapitana Amerykę ze swojego klubu – bo on nie chciał dopuścić do ludobójstwa na skalę planetarną, zaś oni byli zdeterminowani. Nagle okazało się, że mają miękkie serduszka i nie potrafią doprowadzić sprawy do końca. Mimo, że choćby Black Bolt, Czarna Pantera czy Beast byli wcześniej zdecydowani na ocalenie swoich ludzi kosztem wszystkiego innego. 


Teraz nie wiem, czy Hickman specjalnie zrobił tą woltę fabularną, czy po prostu zapomniał jak Iluminati zapewniali w pierwszym zeszycie, że będą bezwzględni w obronie naszej planety? Może to po prostu klasyczny dla wielu historii motyw, że gdy przychodzi do realizacji okropnego planu, mimo wcześniejszych solennych deklaracji, bohater normalnie boi się, ma wyrzuty sumienia, nie może pokonać wewnętrznego lęku? Coś takiego było w filmie Batman Mroczny Rycerz, gdy nikt nie mógł wysadzić żadnego z dwóch promów, które zaminował Joker.
  .

I gdy koniec wydaje się bliski, detonator do ręki bierze prawdziwy bohater i jedyny obrońca naszej planety - Namor, władca Atlantydy. Jednym ruchem wysadza Ziemię 429001 potwierdzając oczywistość, że bardziej obchodzi go los tysięcy własnych poddanych, niż miliardy obcych ludzi. Zresztą Submariner nigdy nie był jakimś szczególnym fanem ludzkości. Po tym akcie moim zdaniem odwagi i odpowiedzialności, jego "koledzy" z miejsca zaczynają okazywać mu wrogość, co jest kolejnym przejawem głupoty z ich strony. Przecież gdyby tego nie zrobił ludzie na tamtej Ziemi i tak by zginęli. Razem ze wszystkimi mieszkańcami ich oraz naszego Wszechświata. To było jedyne wyjście jakie można było zrobić w 8 godzin. Ale nie - inni New Avengers postanawiają, że mają już dość. Łatwiej im obwinić o wszystko Namora, pójść do domu i popłakać w poduszkę. Te ciapciaki rezygnują ze wszystkiego i poddają się. W obliczu następnej Inkursji nie robią nic i za całe universum 616 (bo przecież tylko oni wiedzą, że wszystko umiera) postanawiają zginąć bez walki.


I wtedy właśnie następuje GENIALNE zakończenie tego tomu. Proste ale genialne. Mimo wszystko nie dochodzi do zderzenia i końca. Zdumieni Illuminati ponownie spotykają się i wszyscy zadają pytanie czemu ciągle żyją. Black Bolt dostrzega oczywistą rzecz, że brakuje Namora... Czytelnik dostaje wyjaśnienie tego faktu. Król Atlantydy zebrał własną grupę złożoną z villanów i dotychczasowych więźniów New Avengers. Ostatnia scena komiksu przedstawia jak właśnie oni niszczą Ziemię 9004 i zapobiegają zderzeniu.


Dla mnie to było świetne. Oczywiste rozwiązanie, które gdzieś tam może kręciło się w tyle głowy, ale nie przychodziło na myśl, bo umysł otumaniony był "bohaterstwem" dziejącym się na głównym planie. Przecież ten sposób "wspaniale" sprawdził się podczas Civil War. Wykorzystać łotrów do brudnej roboty jaką "zmuszeni" są wykonać bohaterowie. Namor tylko odrobił lekcje z podręcznika Tony'ego Starka. Stworzył własny Cabal jak Norman Osborn, bo ta scena była stylizowana na ostatni kadr "Secret Wars". Jedyne co mi się nie spodobało, to dobór jego członków. Rozumiem udział Maximusa, który mieszka z Inhumans na Ziemi oraz Czarnego Łabędzia, która zawodowo zajmuje się inkursjami. Ale Terrax? Thanos i jego dwoje przybocznych? Przecież to nie ma sensu. Jasne - mogą pomóc na chwilę, przed kolejną katastrofą, żeby uratować własne tyłki. Jednak na dłuższą metę mają oni zerowy interes w obronie Ziemi 616. Najprościej byłoby dla nich, jeśliby zniszczyli tą planetę, wtedy reszta ich wszechświata będzie bezpieczna. Ich też nic nie obchodzi los ludzi. Nie czytałem dalszego ciągu w oryginale, ale podejrzewam, że ten problem szybko wybuchnie Submarinerowi w twarz. Lepiej jakby wziął do paczki Dooma, Red Skulla i Lokiego, którzy mają interes w ocaleniu Ziemi.


Dzięki tej końcówce tom bardzo zyskał w moich oczach. To był jakiś nowy element. Bo powoli mnie już ta cała saga zaczyna nudzić i nużyć. Praktycznie nic się nie zmieniło od 1 tomu "Wszystko umiera". Są te inkursje, ale nie znaleziono sposobu by je powstrzymać, poza najprostszym wysadzaniem nadlatujących przeszkód. A ta metoda rodzi pewien dyskomfort moralny. Dostaniemy jeszcze jeden tom z Avengers kapitana Ameryki, którzy dowiadują się o całej sprawie, a potem aż 4 cienkie tomiki o tym jak się będą dalej nad tym wszystkim rozwodzić. Strasznie dużo czasu to pochłania. Dlatego ja żałuję, że jednak jakieś zakulisowe rozgrywki w polskim bajorku doprowadziły do wyrzucenia z polskiej listy WKKM tomów Time Runs Out i Secret Wars 2015. Bo  gdyby nie to, zakończenie tej historii poznalibyśmy do końca sierpnia 2018 a nie dopiero na gwiazdkę. Egmont ma jeszcze jakieś asy w swoim rękawie.

Komiks ma niezłe rysunki, choć w pierwszej części były lepsze. Cieszy też bogata galeria okładek. Jak już się wdepnęło w tą sagę Avengers, to trzeba go mieć. Choć ja się nie dziwię, że Hachette w swojej kolekcji w Anglii dało tylko początek, Infinity, TRO i Secret Wars. Pośrodku jest niewiele istotnej treści.

Ocena 7+/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza